wtorek, 4 lutego 2014

Agatha Christie - pierwsza dama kryminału

Autobiografia Agathy Christie to świadectwo minionej epoki i pożegnanie z odchodzącym w zapomnienie światem epoki wiktoriańskiej. Książkę czyta się tak, jak i kryminały pisarki - łatwo i szybko. Jednak czytelnik ma przez cały czas wrażenie, że autorka coś ukrywa, że przemilcza niewygodne czy wstydliwe fakty. Z pewnością jest to biografia wygładzona, wyidealizowana. Niewielu pisarzy stać na bezwzględną szczerość i niewielu patrzy na siebie obiektywnie. W rezultacie otrzymujemy obraz nienagannie zachowującego się człowieka, pozbawionego wad. Czasem autor zdradza jakąś rodzinną tragedię czy popełnioną przez siebie gafę, żeby uczynić autobiografię bardziej wiarygodną. A jaki portret Agathy Christie wyłania się z kart jej książki?

Z pewnością życie pisarki było bardzo ciekawe i wypełnione podróżami. Objechała kulę ziemską razem ze swoim pierwszym mężem, pracowała przy wykopaliskach na Wschodzie ze swoim drugim życiowym partnerem. W czasie wojny pracowała w szpitalu, wcześniej zajmowała się preparowaniem leków w aptece (stąd jej doskonała znajomość trucizn). Z Autobiografii wynika, że została pisarką właściwie tylko przez przypadek. Przyznała, że pisze dla pieniędzy, że jest tylko rzemieślniczką, a nie artystką. Zamieszanie wokół niej peszyło ją, nie lubiła przyjęć i oficjalnych wystąpień. Pozostała skromną osobą. Ze zdumieniem przeczytałam również, że kobiety, żądając równouprawnienia i idąc do pracy, postąpiły głupio. Lepiej było pozostać słabą płcią na utrzymaniu mężczyzn. Według Christie było to dużo wygodniejsze. Takie poglądy wynikają pewnie z tego, że pisarka myślała tylko o paniach z własnej sfery, nie biorąc pod uwagę sytuacji biednych i niezamężnych kobiet. Niemniej jednak ten kuriozalny sposób myślenia jest wart odnotowania.

Jeśli ktoś szuka sensacji i plotek, nie znajdzie tego książce Christie. Zawiedzie się również szukając tajemnic sukcesu pisarki. Warto przeczytać tę książkę, żeby poznać życie w wiktoriańskiej i powojennej Anglii. Jest to zupełnie odmienny od współczesnego świat. Nie jest to jednak lektura, bez której nie można się obejść. 

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Metro 2033

Opasłe tomisko pod tytułem Metro 2033 z pewnością nie jest ucztą dla mola książkowego. Jest to tom spod znaku fantastyki, jednak, jak wiadomo, fantastyka musi być wiarygodna. W historię opisaną przez Glukowskiego nie udało mi się uwierzyć. Fabuła jest nieskomplikowana, przedstawia ratującego ludzkość superbohatera. Po wojnie nuklearnej mieszkańcy Moskwy schodzą do metra, które staje się schronem. Tam żyją wiele lat, odżywiając się grzybami, świniami i kurami. Podobno zwierzęta te nie potrzebują światła, ludzie łykają multiwitaminy (skąd je wzięli po napromieniowaniu całego miasta ?!) i mają się nieźle. W metrze czyhają na nich różne zagrożenia - hipnoza stosowana przez rozwiniętą formę życia, w którą zamienili się napromieniowani ludzie, potwory przedostające się do tuneli i oczywiście sami ludzie. Jedynym wiarygodnym aspektem tej historii jest podział na różne frakcje polityczne. Wśród ocalonych odradzają się różne ideologie, np. faszystowska czy marksistowska, które się zwalczają. Okazuje się, że największym zagrożeniem dla ludzkości jest człowiek. Nie jest to nowa prawda, autor nie wymyślił nic nowego, i karmi nas banałami. Czy warto sięgnąć po tę książkę? Zdecydowanie nie, jest to strata czasu.

niedziela, 12 stycznia 2014

Tomasz Mann

W grudniu, całkowicie pochłonięta lekturą powieści Tomasza Manna oraz świątecznymi przygotowaniami, całkowicie zaniedbałam pisanie bloga. Jednak lektura Buddenbrooków i Czarodziejskiej góry to chyba niezłe usprawiedliwienie uporczywego milczenia. Po przeczytaniu owych tomów nie miałam też odwagi niczego napisać, bowiem talent pisarski Manna onieśmiela.

Współcześni pisarze często powołują się na fascynację książkami tego niemieckiego twórcy. Niektórzy próbują naśladować jego sposób pisania. Jednak ja uważam, że Mann jest na tyle genialny i niepowtarzalny, że każdy naśladowca musi wydawać się nieco nieudolny. Geniusz jest tylko jeden.

Buddenbrookowie to historia upadku pewnej kupieckiej rodziny. Jest to również wspaniały portret schyłku epoki. Postacie stworzone przez Manna są barwne i niejednoznaczne. Spośród typowych mieszczan na pierwszy plan wysuwają się wrażliwcy, tacy jak Hanno i Kaj czy Tomasz Buddenbrook. Żyją oni w nieustannym konflikcie z prozaiczną rzeczywistością solidnego zawodu kupca. Etos kupiecki, mieszczański system wartości stanowią pewne ramy, w które zostaje wtłoczona jednostka poza nie wyrastająca. Staje się to oczywiście przyczyną wewnętrznych konfliktów i walk.

Czarodziejska góra uwiodła mnie niezwykła atmosferą uzdrowiska w Davos. Tutaj ciało staje się najważniejsze, to ono dominuje nad duchem, gdy przechodzi kolejne fazy chorób płuc i wreszcie, gdy umiera. Nie oznacza to jednak, że nie znajdziemy w tej książce rozważań filozoficznych, a tylko anatomiczne szczegóły. Cała powieść przesycona jest różnymi aluzjami do myśli niemieckich filozofów, np. do Heideggera. Warto sięgnąć po Czarodziejską górę również dlatego, że jest to tradycyjna powieść w genologicznym znaczeniu, a jednak tak świeża i niezwykła w swojej treści. Podobno Mannowi nieobce były złodziejskie skłonności i zapożyczał wiele od innych pisarzy, ale jest to raczej wynik erudycji niż naśladownictwa. Podobno wszystko już napisano i współczesna literatura składa się jedynie z zapożyczeń i powiela różne motywy i schematy.

O treści pisać nie będę - warto samemu sięgnąć po powieści Manna. Długie godziny spędzone z nosem w książce z pewnością nie będą stracone.


poniedziałek, 25 listopada 2013

Urszula Dudziak "Wyśpiewam wam wszystko"

Kim jest Urszula Dudziak nie trzeba nikomu przypominać, chociaż w Polsce jest ona mniej znana niż w USA. Muszę przyznać, że nie byłam jej wielką fanką, choć od jazzu nie stronię. Po jej autobiografię sięgnęłam z ciekawości. Chciałam ją lepiej poznać. Książka okazała się świetną lekturą na długie, jesienne wieczory. Czyta się ją bardzo szybko i z wielką przyjemnością. Bardzo dobrym zabiegiem jest zostawienie czytelnika w niedosycie. Dudziak nie zdradza wszystkich swych tajemnic. Pisze o sobie z klasą, bez niepotrzebnego ekshibicjonizmu. Oczywiście opisuje swoje życie prywatne, ale myślę, że robi to tak, by nikogo nie zranić, z wielką delikatnością. Warto było sięgnąć po tę książkę, poznać kobietę, która swoimi eksperymentami wokalnymi podbiła zachodni rynek muzyczny.

wtorek, 12 listopada 2013

Balladyny i romanse

Co wydarzyłoby się, gdyby nie było piekła ani nieba, a bogowie zstąpiliby na Ziemię? Na to pytanie odpowiada książka Ignacego Karpowicza Balladyny i romanse. Muszę przyznać, że jest to tak niezwykle intrygująca opowieść, że nie sposób się od niej oderwać. Sacrum i profanum przenika się, miesza, bogowie stają się śmiertelni, obcują z ludźmi. Bez piekła i nieba, bez moralności świat traci swój sens, pogrąża się w chaosie. Ludzkie życie ukazane jest jako bezsensowna egzystencja - bohaterowie raczej wegetują niż żyją. Książka Karpowicza to trafna diagnoza współczesnej nam rzeczywistości. Człowiek nie widzi sensu swojego życia, nie odnajduje go w pogoni za pieniędzmi, w pracy, w religii ani w związkach z innymi. Miłość to puste słowo. Tytułowe romanse nie mają nic wspólnego z romantycznymi utworami Mickiewicza. Współcześni zapomnieli o duchu, zajęli się wyłącznie materią. 
Nie chcę, byście odnieśli wrażenie, że jest to przygnębiająca lektura. Wprost przeciwnie. Śmiałam się do łez. Komiczne są nie tylko sytuacje i postacie. Autor bawi się językiem, mistrzowsko żongluje słowami. 
Gorąco polecam!

niedziela, 13 października 2013

Władysław Kopaliński "Kot w worku, czyli z dziejów powiedzeń i nazw"

Skąd wzięły się takie powiedzenia jak "Na zdrowie!", "Eureka!" czy "lwia część"? Na te pytania odpowiada Władysław Kopaliński. Książka "Kot w worku..." to nie tyle słownik, co obszerne i ciekawe wyjaśnienia słynnych powiedzeń. Autor posiada ogromną wiedzę, dlatego często wdaje się w dygresje. Z przyjemnością czyta się te wynurzenia, choć niektóre z powiedzonek są już dziś raczej nieużywane. Być może stało się tak dlatego, że książka została wydana w 1977 roku. Smaku dodaje to, że ilustrował ją Szymon Kobyliński.

sobota, 28 września 2013

Dziecko

Do tzw. "historii prawdziwych" podchodzę raczej sceptycznie. I tym razem dość nieufnie wzięłam do ręki książkę Torey L. Hayden. Autorka opisała w niej historię małej dziewczynki, która trafiła do klasy specjalnej po podpaleniu innego dziecka. Jest to historia powolnego leczenia ran, które powstały w psychice dziewczynki pod wpływem traumatycznych wydarzeń - porzucenia przez matkę i odrzucenia przez ojca. Właściwie to opowieść także o dorosłych, którzy tak bardzo skrzywdzili dziecko, że nie potrafiło sobie poradzić z własnymi emocjami i z własnym gniewem.
Autorka książki była nauczycielką w klasach specjalnych, pracowała z szczególnie trudnymi dziećmi, których właściwie już nikt nie chciał, bo kolejne szkoły bezradnie rozkładały ręce. Dzięki temu, że narratorem jest nauczycielka, możemy poznać też wysokie koszta emocjonalne tego zawodu. Autorka często jest bezradna wobec ogromu cierpienia dziecka, nie ukrywa tego i nie kreuje siebie na idealną i wszystkowiedzącą. Być może nie jest to literatura wysokich lotów, ale jest świetnym dokumentem.